Maciej Politowicz - fotografia to sztuka

Maciej Politowicz1221
Ślub plenerowy na Mazurach w Osadzie Dębowo w Kiersztanowie 23 września 2019 Tagi: , , ,

W tym wpisie chciałbym podzielić się z Wami moimi wspomnieniami z pewnego czerwcowego dnia, który miałem przyjemność spędzić na Mazurach na ślubie plenerowym w Osadzie Dębowo w Kiersztanowie.

To był dzień, w którym Ola i Paweł zdecydowali powiedzieć sobie tak. Tego dnia na miejsce przyjechałem trochę wcześniej. Robię tak zawsze kiedy mam trochę kilometrów do przejechania, a poza tym mam chwilę żeby pokręcić się po okolicy i rozeznać teren. Przy okazji mogłem nacieszyć oczy okolicznym krajobrazem i uwiecznić go na fotografiach.

Zajrzałem też na salę żeby porobić trochę zdjęć detali. I tu duże zaskoczenie. Ola i Paweł zdecydowali się samodzielnie ozdobić sale. Efekt był niesamowity. Widać było włożone serducho i dbałość o każdy detal. Żywe rośliny wraz ze złotymi zdobieniami nadawały sali przytulności i ciepła.

Od tego momentu kończy się sielanka a wydarzenia zaczynają przyśpieszać.

Do Osady zaczynają przyjeżdżać pierwsi goście. Ola zaczyna się malować. Ja kręcę się po okolicy i wyłapuje kadry podczas makeupu i przywitania gości. Cały czas trzymam rękę na pulsie i staram się żeby nic nie uciekło mojej uwadze – w końcu to fotoreportaż ślubny i to w plenerze, trzeba więc być wiecznie gotowym na wyciągnięcie aparatu. Podczas gdy Ola kończy się malować, ja idę zrobić zdjęcia podczas przygotowań Pawła. Tu, raczej nietypowo, Panu młodemu pomaga mama. Na końcu przygotowań czas na portret. Lubię te kadry w stylu „tuż przed”, albo „zaraz się zacznie”, w szczególności na tego typu ślubie w plenerze. W tym przypadku do pokoju przez okno wpadał snop ostrego światła. Postawiłem w nim Pawła i ustawiłem ekspozycję tak, aby odseparować go od tła. Myślę sobie, że tutaj już skończyłem.

W tym czasie Ola skończyła się malować i zaczęła ubierać suknię ślubną. Nie zawsze w tej części uczestniczę (tak było tym razem), ale muszę być blisko żeby nie przeoczyć momentu wyjścia – bardzo chciałem złapać ten moment.

Obsługa przygotowała miejsce, w którym miała odbyć się ceremonia. Miejsce jak z bajki. Stary jabłoniowy sad z równo przystrzyżoną, soczyście zieloną trawą. Z zielenią kontrastowały pobielone pnie jabłonek. Po niebie sunęły rzadkie kłębiaste, białe chmurki gnane lekkim wiatrem. A w środku tej idealnej sceny równe rzędy białych krzesełek, przed którymi postawiono te dwa najważniejsze.

Na miejsce przybywa urzędnik, który ma udzielić ślubu. Goście zaczynają się schodzić i zajmują miejsca. Zaczyna się oczekiwanie na pannę młodą. Wreszcie pojawia się i ona w pięknej sukience. Do miejsca ceremonii Olę prowadzi tata. Następuje wzruszający moment oddania córki jej wybrańców i rozpoczyna się uroczystość. Przysięga pod gołym niebem to zawsze ryzyko. Ale jak pogoda dopisze to musi być petarda. I tak było w tym przypadku.

Wszystko się udało – Ola z Pawłem ślubowali sobie miłość i wierność.

Po ceremonii zaczynają się życzenia. To chyba mój ulubiony moment. Ulubiony, bo obfitujący w emocje, gesty, interakcje międzyludzkie. Udało mi się złapać coś niezwykle w tych czasach rzadkiego – łzy radości. Piękny moment. Następnie rozpoczyna się wesele. A z weselami mam ten problem, że ciężko mi się o nich pisze. Za to uwielbiam je fotografować. Więc może będzie lepiej, jak to wszystko sobie obejrzycie. Do innych reportaży traficie tędy.