Maciej Politowicz - fotografia to sztuka

Maciej Politowicz1221
„Midsommar W biały dzień” wizyta na planie filmowym 7 lipca 2019 Tagi: ,

„Midsommar W biały dzień” – 5 lipca 2019 roku miała miejsce polska premiera tego filmu. Nie jestem specem od recenzowania tego typu twórczości, ale jak chcecie poczytać o „Midsommar W biały dzień” nieco więcej, do czego zachęcam, to odsyłam do zawodowców tu albo tu.

Przy tej okazji chciałbym się natomiast podzielić z Wami moją przygodą, którą przeżyłem prawie rok temu. Tak się złożyło, że na zaproszenie mojego kuzyna Pawła Pogorzelskiego (to on odpowiada za wszystkie epickie ujęcia, które możecie zobaczyć w filmie), miałem ogromną przyjemność spędzić cały dzień na planie filmowym Midsommar W biały dzień. W tym wpisie chciałbym podzielić się z Wami moimi wrażeniami, których doświadczyłem od groma. To trochę tak, jak z oglądaniem programów rodzaju „jak to jest zrobione” – niby coś tam wiemy, słyszeliśmy, oglądaliśmy, ale jak zobaczy się taką produkcję „od kuchni” to wrażenia są murowane.


Midsommar W Biały dzień kręcony był na Węgrzech, w lokalizacji oddalonej kilkadziesiąt minut od Budapesztu. Po przyjeździe na plan filmowy pierwsze wrażenie robiła skala przedsięwzięcia. Na pustkowiu stworzone zostało kontenerowe miasteczko dla ekipy. Tutaj koncentrowała się cała logistyka. Były pomieszczenia biurowe, garderoby, stołówka, a nawet pralnia. Dalej pokierowany zostałem na plan. I tutaj już poruszać się trzeba było z należytą ostrożnością, żeby nie wejść w kadr kręconej sceny (chociaż zazwyczaj newralgicznych lokalizacji pilnowali wyznaczeni ludzie z ekipy). Sam plan to majstersztyk. Wyobraźcie sobie, że cała wioska, która była miejscem akcji dla filmu, została zbudowana od zera. Wszystkie budynki wraz z ich wykończeniem (na szczególną uwagę zasługiwały malunki na ścianach budynku, w którym mieszkali główni bohaterowie filmu) oraz cała towarzysząca im infrastruktura zostały zbudowane od zera. O dbałości o szczegóły niech świadczy fakt, że na okolicznych trawnikach posadzono sztuczne kwiaty. Kwitnące w okolicy drzewa też nie były dziełem natury:) A to był dopiero początek.


Kolejne wrażenie to wielość ludzi, którzy byli zamieszani w produkcję. Każdy był za coś odpowiedzialny. I tak były osoby związane bezpośrednio z kręceniem scen. Tutaj ustalana była wizja poszczególnych scen. Reżyser wraz z głównym operatorem ustalali wizję kolejnej sceny. Dobierali ogniskową, jaką miała być kręcona scena i lokalizację kamery – i tu taka ciekawostka. Główny operator (director of photography) wybierał miejsce w którym stawiał skrzynkę. Siadał na niej i tu padało moje ulubione „Fifty (albo jakaś inna ogniskowa) on the stick please”. Na tą komendę otrzymywał obiektyw o wskazanej ogniskowej (w tym przypadku 50) zamocowany do lunety, przez którą mógł obejrzeć scenę. Uzgadniał ją z reżyserem i po jej akceptacji uruchamiali całą machinę. Zaplecze techniczne montowało kamerę w ustalonej lokalizacji, aktorzy i statyści przygotowywali się do sceny, miejsce miały ostatnie poprawki i … cisza, kamera, akcja! I potem jeszcze tak kilka razy:)


Co rzuciło mi się w oczy? Przede wszystkim praca z ogromnym pietyzmem i zaangażowaniem. Wyobraźcie sobie, że każda scena była wcześniej rozrysowana i opisana. Tak pracuje reżyser – Ari Aster. Uwagę przywiązywano do każdego detalu – mimo ogromnego upału (było ponad 30 stopni) i zmęczenia kręcono kolejne sceny praktycznie bez przerwy aż do zachodu słońca – trzeba było wykorzystać każdy dzień dobrej pogody.


A jak już o słońcu mowa. Film realizowany był w plenerze w świetle zastanym. I to wiązało się z ogromną ilością pracy. Słońce świeciło z pełną mocą po czym zachodziło za chmury i tak w kółko. To powodowało, że ekipa co chwilę musiała korygować parametry ekspozycji. Dodatkowo, dla zrównoważenia oświetlenia sceny, światło odbijano od gigantycznych na kilkanaście metrów blend ustawionych na przenośnych rusztowaniach – wyobraźcie sobie, że w tym upale ekipa musiała z nimi jeździć w tą i z powrotem. Dla rozproszenia ostrego, słonecznego światła nad miejscem akcji, w razie potrzeby zawieszano ogromną ramę z materiałem odpowiedzialnym za jego rozproszenie.
I chyba ostatnia rzecz jaką zanotowałem podczas mojej krótkiej wizyty na planie filmowym. Podczas tego jednego dnia nakręcono wiele scen. Przy każdej uczestniczyło (bezpośrednio i pośrednio) kilkaset osób. A wszystko to, by w efekcie uzyskać 2-3 minuty filmu na ekranie!


Na tym kończę opowieść o mojej przygodzie na palnie filmowym z kinematografią przez duże K. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miał możliwość powtórzenia tego doświadczenia. A póki co obejrzyjcie kilka fotek z mojej wyprawy.